The DEAD BROKE story!
Dzień, w którym spotkali się Stemp i Franer, miał się okazać brzemienny w skutki dla światowego metalu. Od pierwszej chwili wiedzieli, że są stworzeni do tego, by stać się gwiazdami, grzać się w cieple sławy i rozdziewiczać fanki. Jak jednak każde początki Wielkich, i ich początki były trudne. Za pierwszą salę prób służyło im mieszkanie Stempnia, z którego zostali rychło przepędzeni przez Babę - legendarną, niemal mityczną właścicielkę owego lokum. Szybko przenieśli się do drugiej sali, którą tym razem było mieszkanie Franka. Sielanka trwała krótko. Gdy gitarzyści zmienili brzmienie swoich instrumentów z banjo ("E") na prawdziwą siedmiostrunową rzeźnię ("drop A"), sąsiedzi wypędzili muzykow na cztery wiatry, w błędnym mniemamiu, że dziwni mieszkańcy franerowego mieszkania całymi wieczorami cyklinują podłogę. Drobne niepowodzenia nie zrażały jednak artystów, pierwsze próby uświadomiły im bowiem, jaki potencjał w nich drzemie i postanowili założyć pełnometrażowy zespół, z którym mogliby podbijać branżę muzyczną. Wierząc naiwnie, że Wrocław różni się od dziury, z której pochodzą (Walbrzych - "czarne miasto czarnych ludzi"), rozpoczęli poszukiwania reszty składu, a była to koncowka roku 2002...
Wiele wody upłynęło w Odrze... Az w koncu w wakacje roku 2003 odezwal sie Osa, w czasie kiedy to Franer poznawał tajniki drwa... yyy... tajniki życia wśród drwali i niedźwiedzi w Ameryce Północnej, a Stemp zabijał czas, odwiedzając nielegalnie wroclawskie zoo. Na szczęście po wakacjach doszło do spotkania, na ktore Tomo-Osa przyprowadził ze sobą perkusistę Kamila-Ziółko (do tej pory nie wiadomo, co ich ze sobą naprawdę łączyło). A później?... Długie, mniej lub bardziej intensywne próby w sali u niejakiego Różowego Słonia, gdzie młodzieńcy zaczęli realizowanie się w szeroko pojętym nowym metalu, wpadając za sprawą Osy w hardcore`owe klimaty lub też za sprawą Ziółka (znanego wśród niewiast jako Krzyżak...) - szwedzkie zagrywki. Brakowalo juz tylko jednego instrumentu, wiec poszukiwania łysego hardcorowca z pięciostrunowym basem trwały ostro.
Na wiosnę 2004 w przy domowowym, garażowym studiu w Obornikach Śląskich nagrane zostały ścieżki perkusji i gitar dotychczas zmontowanych kawałków. Bez wokalu i basu, które miały zostać dograne później. Mniej więcej w tym czasie zaczęto szukać nazwy dla formującego się składu. W końcu poprzez różne SpinalCordy, Crooki i Dead Inside`y doszło, choć z oporami ze strony Osy, do DEAD BROKE. Już w tym mrocznym czasie pojawiały się pierwsze propozycje koncertowe, ale bez basu nie miało sensu wychodzenie z matecznika, poza tym Osa miał spore zaległości tekstowe. Na domiar złego niedługo po nagraniach jak grom z jasnego nieba spadła na wszystkich wiadomość, że Ziółko postanowił całkowicie poświęcić się innemu projektowi i opuścił zespół. Należało wiec znaleźć nowego perkusistę.
OKRES DZIAŁANIA ZIÓŁKA: ok. 8 miesięcy
W nabierającej tempa historii zespołu pojawił się niejaki Nesta, który jedną nogą gra jak trzema. Współpraca z nowym bębniarzem szła nieźle, kiedy to Osa (mający talent do znajdowania muzyków - co prawda czasem mieszkających 700 kilometrów od Wrocławia, ale...) znalazł basistę. Nie był to wymarzony, dwumetrowy, wydziarany bysior, który mógłby swoim miażdżącym growlem wspomagać wokalistę i siać postrach na scenie, ale i tak było nieźle. Niezwykle rude dziewczę wątłej postury - Yaga, która znajomość z resztą zespołu zaczęła od dźwięcznych słów "Kurwa mać, ja pierdole!!!". Wówczas nagle brak łysego łba i wydziaranych kłykci przestał być palący i składzik był gotów. Niestety po wakacjach Nesta, zrezygnował ze wspólnego grania, na odchodnem tworząc logo Dead Broke. Po raz kolejny należało znależć nowego perkusistę.
OKRES DZIAŁANIA NESTY: ok. 3 miesiące
Na szczęście dość szybko do zespołu dołączył Marcin-Pera, z którym współpraca zaczęła przebiegać wyśmienicie od pierwszej wspólnej próby. Aby jednak nie było za pięknie, szeregi zespołu opuścił Osa na rzecz swego reaktywowanego, poprzedniego zespołu - Crawl (w którym udziela się również Ziółko). Należało znaleźć nowego wokalistę.
OKRES DZIAŁANIA OSY: ok. 1 rok
Okres szukania wokalisty był burzliwy i obfitował w dziwne postacie. Az w końcu na horyzoncie pojawił się Michał. Na pierwszej próbie Michał zaprezentował perfekcyjne wykonanie "Loco" Coal Chamber, który to zespół stoi bardzo wysoko na liście boysbandów gitarzystów Dead Broke. Legenda głosi, że Stemp permanentnie zapomniał wszystie nuty, takiego doznał szoku. Michał zaś bez zbędnych słów walnął w ciągu półtora tygodnia cztery kawałki i tak powstal pierwszy pełny skład Dead Broke.
Cała piątka w nowym składzie zaczęła podbijać scenę wrocławską i serca niezliczonej rzeszy fanów i fanek. W miedzyczasie zaliczając kolejną próbe zarejestrowania swej radosnej twórczości. Jednak w momencie, gdy wszystko szło ku najlepszemu, gdy na końcu tunelu rozbłysło światło i dał się słyszeć przyjemny brzęk pieniędzy, na głowy dead broke`ów spadł kolejny cios. Franer, wiedziony zdradliwym głosem mamony, postanowił porzucić domowe pielesze i świeżo uwite gniazdko sławy na rzecz niezliczonych dóbr materialnych, które zaoferowała mu Wielka Brytania. Tak więc jeden z Ojców Założycieli, wbrew temu, co dyktowało jego serce, postanowił porzucić dzieło swego życia na rzecz innego dzieła, które miało powstać i być realizowanym na Wyspie: wspinanie się po szczeblach angielskiej drabiny społecznej.
OKRES DZIAŁANIA FRANERA: ok. 2 lata
Co jednak w tym czasie czynił sam zespół? Pogrążył się w najczarniejszym ze smutków. Jednak Fortuna znów uśmiechnęła się do naszych bohaterów, ponieważ gdy wydawało się, że już gorzej być nie może, w przypadkowo napotkanym menelu ujrzeli gitarzystę, który miał zasilić ich szeregi. Gdy przyszło co do czego, okazało się, że ów, o dumnym imieniu Robercik, ma duży talent do gry i w ciągu kilku godzin nauczył się grać kilka akordów, czyli dokładnie tyle, ile trzeba umieć, by grać w Dead Broke. Otarli więc łzy i przyjęli go do swych szeregów, aby razem z nim w szeregu siać chaos i zniszczenie.
Tymczasem sianie chaosu i zniszczenia stało sie zadaniem trudnym. Tym trudniejszym ,iż bez wokalisty. Czy klątwa zaciązyla na tym nieszczęsnym zespole, czy tez złe oko zawistnych lokalnych zespołów zrobilo swoje, grunt ze gdy tylko słonce zaswieciło nad zespołem, natychmiast niebo zasnuły czarne chmury. Zaskakujac wszystkich swą decyzją, Michał oswiadczył, iż opuszcza Dead Broke, i tak po raz kolejny w trakcie swego żywota Dead Broke zostało bez wokalisty.
OKRES DZIAłANIA MICHAŁA: ok. 9 miesięcy
Poszukiwania kolejnego wygladały beznadziejnie. Zdesperowani muzycy sprawdzili setki ogłoszen, objechali wszystkie podwrocławskie wsie i przesłuchali kilkunastu lokalnych etatowych wodzirejow - na próżno. Jeszcze bardziej zdesperowani przejrzeli kilka wydań czasopisma "Śpiewac każdy może", majac nadzieje na szybkie rozwiniecie swych talentów wokalnych, co jednak, jak można się było spodziewać, skonczyło sie jeszcze wiekszym fiaskiem. I kto wie, czy Dead Broke nie stałby sie w końcu zespołem muzyczno - tanecznym, gdyby pewnego razu na drogę zespołu nie napatoczyl sie Qczi. Miły ten chłopiec, od zawsze cieszacy sie przychylnym okiem płci przeciwnej, z miejsca zaskarbił sobie sympatie Yagi, gdy zas zaspiewał utwor z repertuaru BeeGees, powalił na kolana męską część Dead Broke i z miejsca wpasował sie w miejsce wokalu, do tej pory swiecące pustkami.
Gdy tylko zespół oswoił się ze sobą i zaczał tworzyc w nowym składzie, postanowił postawic przed soba czołowe zadanie. Jako, ze podbijanie świata za bardzo sie przeciagało, postanowiono zabrac sie za stworzenie hitu, ktory wywindowałby Dead Broke na szczyt list przebojów, najlepiej w od razu kilku krajach! Zamiast tego powstalo "Crying Child" - utwór, do ktorego powstania przyłozyły ręce inne osobistości z wrocławskich zespolow: Lotnik "Pitbull" HeadUp oraz Ziołko "Krzyżak" Crawl, zapracowujac tym sobie na bezdenną wdziecznosć całego świata muzycznego.
Szybko dały sie zauwazyć pewne, lecz istotne zmiany. Robercik-LoCo okazał się być wodą na kamień młynski Dead Broke i wpłynął na zmianę zarówno brzmienia, jak i aranżacji powstalej muzyki. Dead Broke powoli zmieniał sie w supernową, gdy złosliwe fatum znowu zadziałało. Otwarte granice, mamona i wszeteczna kultura Zachodu zwabily do siebie kolejnego pełnowartosciowego obywatela IVRP w postaci Stempa. Dead Broke pograżyło sie w ciemnościach w chwili opuszczenia przez niego Ojczyzny na rzecz Wysp Brytyjskich, 11go października 2006 roku, nota bene w Świeto Niepodleglosci.
Jeśli ktoś jednak mysli, ze juz nigdy nie usłyszymy o byłych członkach Dead Broke, ten bardzo sie myli. Przeciez ludzie tak utalentowani nie moga nie wypłynac na powierzchnię muzycznej twórczości.
DEAD BROKE:
Yaga - bas
Stemp - gitara
Pera - perkusja
LoCO - gitara
Qczi - wokal
Story by Sin
na podstawie opowiadań Franera i Stempnia
kontakt z zespołem:
tel. kom.: 509735589
gg: 5010994
ZAGRANE KONCERTY:
Self Destruction Night #15, Wroclaw, Liverpool, 30.06.2006r.
Noise Apocalipse, Wroclaw, Madness, 5.03.2006r.
Self Destruction Night #9, Wroclaw, Liverpool, 16.12.2005r.
TonacjaNu #7,Wroclaw, Lykend, 27.10.2005r.
Strefa Ciezkiego Brzmienia, Wroclaw, Madness, 7.10.2005r.
Self Destruction Night #3, Wroclaw, Liverpool, 30.06.2005r.
TonacjaNu #6, Wroclaw, Lykend, 17.06.2005r.
RECENZJE KONCERTÓW:
Noise Apocalipse, Wroclaw, Madness, 5.03.2006r.
5 marca klub Madness nawiedziły masy spragnione dźwięków ciężko przyswajalnych przez zwykłego śmiertelnika. Pretekstem do tego była impreza zatytułowana Noise Apocalypse w ramach, której można było posłuchać muzyki aż trzech zespołów. Były to: metalcore’owy Crawl, utrzymany w podobnej stylistyce Dead Broke oraz łączący w swoich utworach elementy emo, punku oraz noise’u - All My Bliss.
Jako pierwszy na scenie zaprezentował się Crawl. Warto dodać, że był to ich debiut na estradzie. Zagrali utwory w których mnóstwo było odniesień do kapel pokroju Slayer czy rodzimy Frontside (co łatwo dało się odczytać z nadruków na koszulkach noszonych przez członków zespołu) – czyli odznaczające się kosmicznym wręcz tempem, ewentualnie nieco wolniejsze, lecz znacznie cięższe. A wszystko opatrzone poważnymi tekstami. Mimo, że zespół dopiero debiutuje to już prezentuje solidne umiejętności w grze na instrumentach co doskonale pokazali na tym koncercie. Tak więc były mocne gitary, potężne bębny i rozrywający na strzępy ryk wokalisty.
Gdy na scenie pojawił się Dead Broke klimat jakoś szczególnie się nie zmienił. Ta kapela gra podobną muzykę, lecz bardziej urozmaiconą brzmieniowo i nie stroniącą od dysonansów. Mogło to się kojarzyć z zespołem Korn, lecz było podane w znacznie mocniejszy sposób. Na pewno ogromnym atutem Dead Broke jest ich wokalista. Doskonale wie jak się zachowywać na scenie i ma bardzo dobry głos (do takiej muzyki oczywiście…). Sam występ był bardzo dobry. Ze sceny czuło się pełne zaangażowanie. Technicznie też nie było żadnych wpadek, więc zespół powinien zaliczyć ten występ do grupy tych których na pewno nie powinien się wstydzić.
Po hardcore’owym czadzie wystąpił jeszcze All My Bliss. Była to muzyka kompletnie inna w odbiorze od tej proponowanej przez poprzednie zespoły. Moim zdaniem również znacznie ciekawsza. Publiczność jednak uważa chyba inaczej gdyż podczas występu All My Bliss w klubie zrobiło się znacznie luźniej. Cóż pozostaje im tylko żałować co przegapili, gdyż z muzyków emanowała niemal pierwotna energia co nadało piosenkom mocy. Rozpoczęli utworem One Fine Example który wypadł kapitalnie. Noise’owy zgiełk świetnie współgrał ze „śpiewem” wokalisty Arlena, który zdzierał gardło jak nakazuje emowa tradycja. Później zagrali m.in. The Path, Justify The End, On The Hill, czy też 15 Minutes. Niesamowita była fascynacja kapelami takimi jak: Sonic Youth, Fugazi, czy też At The Drive-In słyszalna w każdym dźwięku jaki został zagrany, a jednak nie było w tym żadnego pozerstwa ani wtórności. Dodatkową atrakcją były dwie przeróbki standardów – Die ,Die My Darling The Misfits oraz I Wanna Be Your Dog The Stooges.
Ogólnie imprezę można zaliczyć do udanych, mimo że po raz kolejny zawiodła publiczność, która nie wykazała żadnej chęci do zabawy i poniekąd zlekceważyła produkujące się zespoły…
http://www.kalejdoskop.wroclaw.pl/
autor: Paweł
TonacjaNu #7,Wroclaw, Lykend, 27.10.2005r.
Siódma edycja Tonacji Nu odbyła się 27.10.br. w Łykendzie. Większość zespołów mieliśmy okazję widzieć na poprzednich koncertach spod znaku Tonacji, lecz tym razem szykował się debiut.
Rozstawienie czasowe zespołów mogłoby u niektórych wzbudzić zdziwienie. Mimo tego jednak, że Omnitones jest zespołem o długim stażu scenicznym, logiczną wydaje się być decyzja organizatorów o umieszczeniu ich na czole listy zespołów. Ich muzyka, określana przez niektórych mianem „nu – progressiv”, nie należy do najłatwiejszych w odbiorze i na tle bardziej „skocznej” reszty wyróżniała się znacznie. Koncert ich zaczął się mocno, przyciągając spojrzenia obecnych szczególnie postacią basisty, który – wierny tradycji zaskakiwania – tym razem przywdział wielką, czarną perukę afro, która nadspodziewanie do niego pasowała. On to, wraz z wokalistą, najmocniej wyróżniali się na scenie, zwłaszcza na tle dosyć statycznych gitarzystów. Muzyka Omnitones, jak się już rzekło, nie jest muzyką do zabawy, jeśli się jej wcześniej nie słyszało i nie wie się, czego się spodziewać. A spodziewać się można częstych zmian tempa oraz ciężkiej muzyki, często jednak nabierającej maniery iście toolowej, która jednym może się podobać, a innym nie. W każdym razie pomimo gorących starań wokalisty, publiczność wolała biernie i w bezpiecznej odległości podziwiać koncert Omnitones. Ale poza wszystkim taka już niewdzięczna rola być zespołem, który danego wieczora rozpoczyna koncerty…
Kolejnym w kolejce zespołem był C.A.L.M., zespół z Ostrowa Wlkp., który już po raz wtóry był gościem Tonacji. Zespół ten gra muzykę, która w moich uszach brzmi jak wczesne Deftones a i o RATM nie można nie myśleć. Żeby jednak zrównoważyć ten wielki komplement, muszę powiedzieć, że muzyka reprezentowana przez C.A.L.M. jest w dzisiejszych czasach mało odkrywcza i idąc w tym kierunku wiele już nie można zdziałać. Z pewnością jednak zespołowi nie można odmówić energii, szczególnie wokaliście, oraz tego, że ich muzyka jest doskonała do zabawy. Jednak z powodu lichego nagłośnienia, muzyka wydawała się być mało zróżnicowana i ci, którzy stali blisko sceny słyszeli jedynie ścianę dźwięków – podobnie, jak to było w przypadku Omnitones. Czy właśnie to stało się przyczyną, że publiczność przysunęła się do sceny o zaledwie kilka kroków? Gdyż tak właśnie było i stan ten nie zmienił się aż do wyjścia trzeciego z zespołów.
Dead Broke udziela się na wrocławskiej scenie zaledwie od pół roku, lecz porównując ten występ z przedwakacyjnymi, widać jak duży krok uczynili do przodu, co najbardziej widać to na osobie wokalisty. Zespół oprócz swojego repertuaru zagrał aż trzy covery: znane wszystkim „What is love” Haddway`a oraz „T.R.I.C..” Otep i Loco” Coal Chaber, w których wokalista wspomagany był przez gości: „T.R.I.C..” zaśpiewała znajoma zespołu, przy „Loco” zaś przyłączył się do śpiewania Cravietz – wokalista C.A.L.M. Muzyka Dead Broke ma wiele wspólnego z metal-core (wyjąwszy solówki), grają ciężko i mocno, z częstymi zmianami tempa, a obłąkańcze wrzaski wokalisty zmarłego podniosłyby ze śmiertelnego łoża. Czy to jednak atmosfera rzeczywiście była grobowa, czy może mały ruch sceniczny zespołu był zaraźliwy, faktem się stało, że nawet oni swoją agresywną muzyką nie byli w stanie rozruszać do końca zgromadzonych. Zaledwie kilka osób bawiło się pod sceną, co podsumowała basistka zespołu, podsumowując krótko: „To najbardziej drętwa Tonacja, na jakiej byłam!”.
Koncert zaczął się za zaciągniętą zasłoną, która opadła, gdy przebrzmiało elektroniczne intro. Oczom wszystkich ukazała się zgraja muzyków, dziko szalejąca na scenie przy wtórze muzyki – agresywnej, ciężkiej i żywiołowej. Mocną stroną była sekcja rytmiczna – perkusista, podobno uczęszczający do szkoły jazzowej, gra nie tylko równo i szybko, lecz wplata do gry przeróżne smaczki, które dodatkowo podbija bas. Jeśli chodzi o grę gitar, tajemnicą poliszynela jest fakt, że obaj gitarzyści jako źródło swoich inspiracji wymieniają Slipknot czy Machine Head i w tym właśnie klimacie Chaqma zabrzmiała: szybkie triolki, brzytwy flażoletów i melodie. Obaj wokaliści, strojami tudzież napisami na plecach odwołujący się do mentalności kibiców futbolu, miotali się na scenie jak w amoku, ciekawostką zaś na pewno był fakt, że co jakiś czas w muzykę wplatane były sample. Spośród wszystkich zespołów grających tego wieczora byli najlepiej nagłośnieni a ich energia szybko zaraziła słuchających, więc pod sceną niemal natychmiast zrobił się mały młynek, szczególnie podczas coveru Prodigy „Breath”. Żeby jednak nie było zbyt komplemenciarsko, przejdę do tego, co wywołało u mnie mały niesmak. W pewnym momencie wokaliści w ferworze walki zaczęli dosyć chamsko domagać się głośniejszego odsłuchu, zupełnie jakby byli jedynym zespołem, który musiał zmagać się z problemami technicznymi. Przyznam że to rzuciło mały cień na mój odbiór całokształtu i gdyby nie opisany fakt, uznałabym koncert Chaqmy za fenomenalny. Obiektywnie jednak mogę uznać, że był to debiut, jaki można sobie wymarzyć.
Cały ten wieczór unaocznił jednak wszystkim, kto tak naprawdę odpowiada za to, czy impreza była udana. Ktoś może zrzucać to na organizatorów czy zespoły, jednak tym razem okazało się, że połowa sukcesu to podejście publiczności. Do tej pory nie zdarzyło się, aby ludzie tak pasywnie odbierali muzykę na Tonacji i mam nadzieję, że to tylko ciągle wakacyjny zastój i impreza nie zamieni się w „emeryten party”. Czekamy więc na kolejną edycję, która odbędzie się za miesiąc i miejmy nadzieję, że tym razem nie będzie to, cytując Harry`ego z Omnitones, Tonacja Old.
http://wroclaw.dlastudenta.pl/
Autor: Korngirl
TonacjaNu #6, Wroclaw, Lykend, 17.06.2005r.
17 czerwca we wrocławskim klubie “Łykend”, odbyła się kolejna edycja cyklicznej imprezy zwanej "Tonacją NU”. Tego dnia scenę i w ogóle cały klub, miały opanować 3 zespoły : Dead broke, Know i Fatclicks.
Jako pierwsi na scenę weszli Dead broke – jest to młoda wrocławska kapela, grająca coś pomiędzy nu metalem, hardcore i odrobiną trashu, wszystko wykrzyczane przez wokalistę o ciężkim i silnym głosie. Ich występ, pomijając kiepskie nagłośnienie, nie był zbyt porywczy, choć pod sceną była w miare fajna zabawa. Słychać, że są nowi i jeszcze niezbyt ograni, dlatego czasami brakowało im polotu i tego czegoś, co mogłoby przykuć moją uwagę na dłużej, ale generalnie są na dobrej drodze, by w przyszłości zagrać lepiej. Wielki plus za covery – zagrali “Loco” z repertuaru Coal Chamber, a także... “What is love”, mega hicior Haddawaya – wyszło im bardzo fajnie. Dead broke za występ dostają u mnie 3 punkty na 5.
Po nich scenę przejęli wrocławianie z Know. Ci z kolei niby nie grają niczego odkrywczego, ale potrafia zatrząsnąć słuchaczami, zmusić ich do skakania, mają w sobie to “coś”. Ich muzyka to nu metal z wieloma fajnymi zagrywkami. Mamy tu troche rapowania, troche śpiewania, troche darcia japatachy, a to wszystko okraszone nieźle skonstruowanymi melodiami, zwłaszcza w utworze “Mad poetry”. Nie wątpie, że ich granie może się podobać wielkiej liczbie ludzi i że chłopaki na pewno odniosą niemały sukces na naszej scenie muzycznej, o ile scena ta się będzie nadal rozwijać. Na 5 punktów, Know dostaje u mnie 4.
Jako ostatnia kapela wystąpili przed nami Fatclicks. Na występ Głogowian niestety nie poczekało wielu ludzi, którzy wyszli z klubu po występie Know – ignoranci przychodzący na impreze dla jednego zespołu, stracili możliwość wysłuchania niewątpliwie najlepszej kapeli tego dnia – kwintet bowiem serwuje muzykę nieprzeciętną, z sercem, choć dla wielu niezbyt odkrywczą. Mogliśmy usłyszeć wszystkie kawałki z nowego dema, kilka ze starego, trochę nowego materiału oraz dwa covery - "Spaceman” z repertuaru Babylon Zoo, oraz “Hover”, ktory jest coverem Trust Company – wg mnie interpretacja tych utworów w wykonaniu chłopaków jest o niebo lepsza od oryginałów! Oczekując na kolejny koncert Fatclicks w moich okolicach, dostają u mnie 5 na 5.
Impreza bardzo udana, frekwencja też nie zawiodła, jedynymi problemami była klimatyzacja (a raczej jej brak) oraz nienajlepsze nagłośnienie. Był też pewien mały zgrzyt - jakaś siksa się nawaliła i nie przypilnowała komórki, po czym gdy skapnęła się, że ktoś jej zakosił telefon, zaczęła grozić organizatorom koncertu i szefostwu klubu, że nie ma wymaganej ochrony, że ich pozwie, podobno nawet że doprowadzi do zamkniecia klubu, po czym pod klubem zawiadomiła o zajściu policję. Jeżeli nie potrafisz się odnaleźć w koncertowej rzeczywistości, głupia babo, to zostań w domu i nie psuj dobrej imprezy ludziom, którzy nie mają problemów ze sobą. Zachowanie takich dzbanków doprowadza później do tego, że na koncertach są barierki, arogancka ochrona a co za tym idzie wyższe koszty organizowania imprez. Całość imprezy oceniam na 4.5 w 5-cio punktowej skali. Oby tak dalej. Czekam na kolejne udane koncerty!
http://www.hardzone.pl/
Recenzent: Exec